aa
aaaJesteś w: Ostatni dzwonek -> Syzyfowe prace
W przeddzień kontroli nikt nie spał. Panował popłoch i zdenerwowanie. Nazajutrz od Pałyszewskiego – nauczyciela szkoły w Dębicach (wieś odległa od trzy mile od Owczar), przybył posłaniec mówiąc, że naczelnik wizytuje już ową placówkę. Wówczas Wiechowski ubrał się odświętnie. Pokój mieszkalny został przygotowany na poczęstunek dla gościa. Marcinek z Józią musieli się na ten czas schować w kuchni, a reszta dzieci zaś zasiadła w ławkach. W końcu na saniach, w „kareciej budzie” pod budynek zajechał kierownik dyrekcji naukowej, obejmujący swym zasięgiem trzy gubernie. Szkolnictwem początkowym kierowały na ziemiach zaboru carskiego tak zwane dyrekcje naukowe, podległe warszawskiemu kuratorium szkolnemu.
Piotr Nikołajewicz Iaczmieniew był wysokim, lekko przygarbionym czterdziestoletnim mężczyzną o dużej twarzy, rzadkim zaroście, dobrotliwym i łagodnym uśmiechu. Wkroczywszy na szkolną stancję, przywitał się z nauczycielem. Rozpoczęła się kontrola. Wiechowski wywołał do odpowiedzi dwóch najlepszych uczniów: Michcika – czytającego i opowiadającego świetnie po rosyjsku oraz Wicka Piątka – chłopca trochę słabszego od kolegi. Potem dyrektor samodzielnie zaczął przepytywać inne dzieci, które jedynie sylabizowały po rosyjsku. Gdy zapytał, czy uczniowie potrafią czytać po polsku, otrzymał od nich twierdzącą odpowiedź. W końcu Iaczmieniew oznajmił przerażonemu Wiechowskiemu, że źle sprawuje powierzony mu urząd. Choć w wykazach napisał, że dużo dzieci czyta po rosyjsku, okazało się to nieprawdą. Zarzucił nauczycielowi, że w zamian za pensję, mieszkanie, nie spełnia nakazu szkolnictwa, lecz prowadzi polską propagandę. Oburzony, nie korzystając z zaproszenia na poczęstunek – wyszedł z budynku, pozostawiwszy zdruzgotanego dydaktyka. Wiechowski kazał dzieciom iść do domów, a sam płakał, popijając piątą butelką piwa.
Nagle w drzwiach stanął ponownie… uradowany naczelnik. Powiedział, że pomylił się w osądzeniu działalności nauczyciela, przyznając mu podwyżkę. Osłupiały Wiechowski odprowadził Iaczmieniewa do sań. Ujrzał wówczas stojące przed budynkiem wiejskie baby. Nagłą zmianę nastawienia wizytatora zrozumiał po powrocie do izby. Żona opowiedziała mu, że kobiety domagały się od gościa natychmiastowej zmiany nauczyciela na propagującego ich ojczysty język, zarzucając Wiechowskiemu naukę czytania i pisania jedynie w języku rosyjskim. Zebrane kobiety nie zdawały sobie sprawy, jak wielką przysługę uczyniły nielubianemu dydaktykowi, który z radości upił się tak, że do łóżka musiały zawlec go służąca z panią Marcjanną.
Naczelnik podczas powrotu z Owczar przypominał sobie swą młodość, studia na moskiewskim wydziale filologicznym oraz całe życie. Myślał: „Nie należy szerzyć oświaty w kosmopolitycznem znaczeniu tego wyrazu, lecz należy szerzyć «oświatę rosyjską». Na to zdał się cały Pestalozzi... Pragnąc za pomocą zruszczenia tych chłopów polskich istotnie przyczynić się do szybkiego rozwoju północy na drodze cywilizacji, należałoby to zrobić tak skutecznie, ażeby chłop tutejszy ukochał Rosję, jej prawosławną wiarę, mowę, obyczaj, ażeby za nią gotów był ginąć w wojnie i pracować dla niej w pokoju. Trzebaby więc wydrzeć z korzeniem tutejszy, iście zwierzęcy konserwatyzm tych chłopów. Trzebaby zburzyć tę odwieczną, swoistą kulturę, niby stare domostwo, spalić na stosie wierzenia, przesądy, obyczaje, i zbudować nowe, nasze, tak szybko, jak się buduje miasta w Ameryce Północnej. Na tym gruncie dopiero możnaby zacząć wypełnianie marzeń pedagogów szwajcarskich. To, co my robimy, te środki, jakie przedsiębierzemy...”.Streszczenie „Syzyfowych prac”
W przeddzień kontroli nikt nie spał. Panował popłoch i zdenerwowanie. Nazajutrz od Pałyszewskiego – nauczyciela szkoły w Dębicach (wieś odległa od trzy mile od Owczar), przybył posłaniec mówiąc, że naczelnik wizytuje już ową placówkę. Wówczas Wiechowski ubrał się odświętnie. Pokój mieszkalny został przygotowany na poczęstunek dla gościa. Marcinek z Józią musieli się na ten czas schować w kuchni, a reszta dzieci zaś zasiadła w ławkach. W końcu na saniach, w „kareciej budzie” pod budynek zajechał kierownik dyrekcji naukowej, obejmujący swym zasięgiem trzy gubernie. Szkolnictwem początkowym kierowały na ziemiach zaboru carskiego tak zwane dyrekcje naukowe, podległe warszawskiemu kuratorium szkolnemu.
Piotr Nikołajewicz Iaczmieniew był wysokim, lekko przygarbionym czterdziestoletnim mężczyzną o dużej twarzy, rzadkim zaroście, dobrotliwym i łagodnym uśmiechu. Wkroczywszy na szkolną stancję, przywitał się z nauczycielem. Rozpoczęła się kontrola. Wiechowski wywołał do odpowiedzi dwóch najlepszych uczniów: Michcika – czytającego i opowiadającego świetnie po rosyjsku oraz Wicka Piątka – chłopca trochę słabszego od kolegi. Potem dyrektor samodzielnie zaczął przepytywać inne dzieci, które jedynie sylabizowały po rosyjsku. Gdy zapytał, czy uczniowie potrafią czytać po polsku, otrzymał od nich twierdzącą odpowiedź. W końcu Iaczmieniew oznajmił przerażonemu Wiechowskiemu, że źle sprawuje powierzony mu urząd. Choć w wykazach napisał, że dużo dzieci czyta po rosyjsku, okazało się to nieprawdą. Zarzucił nauczycielowi, że w zamian za pensję, mieszkanie, nie spełnia nakazu szkolnictwa, lecz prowadzi polską propagandę. Oburzony, nie korzystając z zaproszenia na poczęstunek – wyszedł z budynku, pozostawiwszy zdruzgotanego dydaktyka. Wiechowski kazał dzieciom iść do domów, a sam płakał, popijając piątą butelką piwa.
Nagle w drzwiach stanął ponownie… uradowany naczelnik. Powiedział, że pomylił się w osądzeniu działalności nauczyciela, przyznając mu podwyżkę. Osłupiały Wiechowski odprowadził Iaczmieniewa do sań. Ujrzał wówczas stojące przed budynkiem wiejskie baby. Nagłą zmianę nastawienia wizytatora zrozumiał po powrocie do izby. Żona opowiedziała mu, że kobiety domagały się od gościa natychmiastowej zmiany nauczyciela na propagującego ich ojczysty język, zarzucając Wiechowskiemu naukę czytania i pisania jedynie w języku rosyjskim. Zebrane kobiety nie zdawały sobie sprawy, jak wielką przysługę uczyniły nielubianemu dydaktykowi, który z radości upił się tak, że do łóżka musiały zawlec go służąca z panią Marcjanną.
Rozdział III
Marcin z matką przyjeżdżają do Klerykowa. Helena stara się o przyjęcie syna do tamtejszego gimnazjum. Zatrzymują się w hotelu, gdzie oczekują na egzaminy kwalifikujące do klasy wstępnej. Zebrani w tym samym celu przyszli uczniowie czynią uwagi na temat wyglądu Marcinka. Znajomy Żyd informuje Borowiczową o profesorze, którego prywatni podopieczni zawsze dostają się do placówki. Kobieta składa wizytę nauczycielowi Majewskiemu w sprawie korepetycji. Chłopiec rozpoczyna opłacane przez matkę dokształcanie.
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19
Szybki test:
Przed egzaminami w klerykowskim gimnazjum Marcin uczęszczał na korepetycje do:a) Ozierskiego
b) Wiechowskiego
c) Majewskiego
d) Sztettera
Rozwiązanie
Wakacje w Gawronkach Marcin spędza:
a) po zdaniu do piątej klasy
b) po ukończeniu piatej klasy
c) po zdaniu do czwartej klasy
d) po ukończeniu trzeciej klasy
Rozwiązanie
Podczas przerwy w sztuce teatralnej Marcina przywitał w swej loży:
a) pomocnik klasowych gospodarzy
b) gubernator
c) Majewski
d) inspektor Zabielskij
Rozwiązanie
Więcej pytań
Zobacz inne artykuły:
kontakt | polityka cookies
